Bill House – Bad Luck Into Good Times

Trochę wody w Wiśle upłynęło. Pamiętam jak się ten blog zaczął. Sierpień 2010 (to już prawie 10 lat? Damn), byłem kilka miesięcy po pierwszej terapii, moje młodzieńcze życie wywróciło się do góry nogami. Szukałem w tym wszystkim siebie, dużo odczuwałem, lubiłem małe przyjemności, kochałem piosenki i pisanie. Któregoś dnia szedłem chodnikiem, świeciło słońce, na uszach słuchawki, okolice metra Wilanowska. Leciało „Poetry in motion”. Zacząłem sobie wyobrażać różne miłe rzeczy, emocje nieco mi drgnęły i wtedy w głowie pojawił się pomysł – może zrobie z tego bloga? Z piosenek, emocji i wyobrażeń. Za każdym razem odpowiadając na pytanie: dlaczego lubię stare piosenki?

Tak też zrobiłem. Każdy wpis miał być piosenką i krótkim tekstem, który albo opisywał to, co sobie wyobrażałem podczas słuchania, albo jakieś z piosenką związane emocje. Później pojawiły się krótkie opowiadania i zdjęcia. Nie wracam do tych postów, chyba, że szukając jakiś piosenek. Od czytania własnej młodzieńczej grafomanii przechodzi mnie czasem dreszcz wstydu. Ale i tak to kocham, kocham, że to się wydarzyło.

Teraz historia nieco przyspieszy. Kilka miesięcy później był Sen Pszczoły i pomysł na pierwsze imprezy. Przyjęły się. Gdy Sen Pszczoły spłonął, w głowie wróciło marzenie zainicjowane przez obejrzany jeszcze w liceum film „Poza prawem” – mieć swoją nocną audycję radiową. Który to był rok? 2014 albo 2015. Wojtek Rodek dał mi szansę i tak powstały Stare Piosenki Nocą w Radiu Kampus. Pierwszą audycję zestresowany czytałem z kartki – ostatni raz. To była zdecydowanie najgorsza audycja.

Audycje były różne, bo i u mnie różnie było. Chciałem żeby to były takie niewymuszone nocne spotkania. Gadanie głupot niskim głosem, puszczanie piosenek, flirtowanie. W 2016 mocno się posypałem, Stare Piosenki Nocą prowadziłem w różnym stanie, potem była kilkumiesięczna przerwa i kolejna terapia. W międzyczasie zacząłem znów grać imprezy, choć znacznie rzadziej – w ukochanym barzeStudio i na Placu Defilad. Innych miejsc do grania nie potrzebowałem.

Bloga nie prowadziłem od pięciu lat. Historia zatacza koło – ja kończę kolejną terapię, piosenka gra, wyobrażenia chodzą po głowie i odpowiadam sobie: dlaczego lubię stare piosenki?

światełko
Fot.: zbiory własne

The Modern Lovers – Hospital

Ostatnio słucham ich bez przerwy. Uprzyjemniają mi jesienne popołudnia i wieczory. Są fenomenalni i pewnie pojawią się tu nie raz i nie dwa nawet.

Dowiedziałem się o nich dzięki przyjacielowi z Serbii. Poznałem go na pierwszym odwyku. Ożenił się z Polką i zamieszkał w Warszawie. I zaczął się ogarniać. Wcześniej przez 20 lat zatracał się na bałkanach. Wyglądał przez to jak Trainspotting razy dziesięć – wychudzony, z wysuszoną skórą, nieco zarośnięty. Często miał na sobie t shirt z logiem Pepsi i podpisem „Sexi”. Opowiadał mi jak to się żyje u niego. Co chwile jakaś wojna, ludzie non stop balują bo wiedzą, że w każdej chwili mogą umrzeć, bieda straszna, ale też wszyscy niezwykle solidarni. Kobiet podobno mało i znacznie brzydsze niż w Polsce. A alkoholików i narkomanów dalej zamyka się w psychiatrykach.

Był piekielnie błyskotliwy i słuchał zajebistej muzyki. W ogóle jakbym miał go określić w dwóch słowach, to bez chwili zastanowienia powiedziałbym: rock n rolla.

Niedawno, z bliżej nie znanych mi przyczyn, wrócił do Serbii. W dniu wyjazdu wysłał mi maila. Były w nim trzy utwory i podpis – „na tym się wychowywałem”. Jednym z tych trzech utworów był kawałek Modern Lovers.

Zakochałem się w nich od pierwszego przesłuchania. Ich kawałki są moim zdaniem rozpierdalaczami emocjonalnymi. A brzmienie w 100% odpowiada moim gustom.

Co tu więcej gadać, przed państwem Jonathan Richman & The Modern Lovers