Buddy Rich – The Beat Goes On

Na początku chciałem podziękować Basi, za podesłanie mi tego utworu. Zakochałem się w córce Buddy Richa.

Co mnie już mniej bawi – od słuchania tego utworu wzrósł mi nieco poziom pożądliwości i ulegam kobiecym urokom częściej niż Laurence Sterne, którego „Podróż sentymentalną” miałem przyjemność niedawno czytać. Podniosła mnie na duchu ta książka, jak i streszczona w kilkudziesięciu stronach biografia Sterne’a. Odnalazłem gdzieś tam siebie. Troszkę (nie żebym się do Sterne’a porównywał). Chodzi o jego relacje z kobietami, sposób w jaki odbierał kobiety i jak na niego działały. Ludzie często śmieją się z mojej emocjonalności, liczne zachwyty nad niewieścimi wdziękami przypisują niedojrzałości (temu akurat nie zaprzeczam) i naiwności, infantylności, płytkości. Cóż, generalnie to mam wyjebane, ale czasem mi smutno z tego powodu.

W każdym razie, z tego co wyczytałem, to Sterne miał podobnie. To, że był pastorem (przez dużą część życia również mężem), nie powstrzymywało go od licznych flirtów, korespondencji z pięknymi paniami. Co nie znaczy, że zdradzał – w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Nie znaczy to też, że był jakimś ordynarnym grzesznikiem. Po prostu uwielbiał kobiety, ulegał ich urodzie, każdego dnia się „zakochiwał” – i dawał to kobietom do zrozumienia, jednak w pewnych granicach. Pięknie mówił i pięknie pisał, poświęcał uwagę, słuchał, czarował – lecz nie uwodził, nie zwodził.

A jak to wszystko ma się do Buddy Richa i jego córki? Sam już nie wiem, w każdym razie ten kawałek jest świetny. Chce się od niego flirtować. No i jej sposób śpiewania… brrr, jakby ktoś całował moją szyję.