Quincy Jones – I Never Told You

Tezeta, rembetiko, fado, blues. Hip-hop. Twarda bania i zaciśnięte pięści. Uwalniam instynkt. Oczy w których widzę szaleństwo. Ręce się trzęsą jak po potrójnym espresso. Próbuję się odnaleźć, postawić po którejś stronie barykady. Wrażliwa czy drażliwa. Poważna czy zabawna. Trzeźwa czy odklejona. Wiesz co się liczy? Nie wiem. Ciągle się wykolejam, trudno czuć się bezpiecznie. „Some say i got devil, some say i got angel, but i’m just a girl in trouble’. Śpiewajcie mi piosenki.

Śpiewajcie mi piosenki, zabiegajcie o mnie. Jestem ostatnią dziewczyną o którą możecie zabiegać tej nocy. Otoczyliście mnie. Nic nie działa jak czerwona sukienka. Przerywam krąg, wychodzę. Pada deszcz. Byliście zabawni. A ja wiedziałam, że tak będzie. Następnym razem będzie przemoc i wyląduję na komendzie. Lubię boksować. Szybki lewy i bum, klasyczny prawy niszczyciel. Deontay Wilder. Padacie. Nawet się nie zmęczę. Raz na wolce a raz w klatce. Mam na imię Dagmara i na bycie młodą jestem za stara. Na rozpoznaniu stanąć w jednej lini – rysy ostre, cera czysta, skóra blada, oczy zielone, usta miękkie, dobre do całowania, dobre. Włosy czarne. Nos mógłby być ładniejszy, ale trochę widać, że kiedyś pękł. Poza tym piękna jestem. Fajna. Ładna kobieta. Zgrabne wszystko od ćwiczeń. Choć od społeczeństwa inna.

Kiedy byłam małą chłopczycą wzięła mnie matka i tak do mnie rzekła: „Ojciec poszedł i nie wróci, ale ty się nie przejmuj”. W wyjątkowych okolicznościach witamy, zwykłe osiedle południowo praskie. Gocław. Ta historia zaczyna się w latach dziewięćdziesiątych w podstawówce zwanej kolorową przy ulicy Umińskiego. Mam 9 lat, on jest z szóstej klasy, podchodzi do mnie na sali gimnastycznej i pyta:

– Czego słuchasz?

– Hip hopu – odpowiedziałam.

– A znasz Molestę?

– Oczywiście – mówię, choć wcale nie znałam.

zdj1

Dziwny ten Spandau Ballet warszawski.

Podczas spacerów patrzę co się burzy, co się buduje. Czasem się czuję jak miejski hipochondryk – wydaje mi się, że to miasto toczy choroba, że ludzie decydujący o jego kształcie ciągle wyrywają nie ten ząb co trzeba, otwierają je niepotrzebnie, zapominają wyjąć skalpel przed zaszyciem. Potem zasłaniają silikonem gdzie się da, żeby powierzchowni mieszkańcy żyli w przeświadczeniu, że jest ok, że Warszawa to nie jeden z hotelów w Soczi. Ale jak to u hipochondryków – w rzeczywistości jest pewnie lepiej niż w świecie moich obaw, a to co się dzieje, to naturalna kolej rzeczy i specyfika każdego dużego miasta.

Najważniejszy dla mnie jest rytm. Rytm miasta. Bądź świetnie brzmiące – „Puls Asfalta” (dla tych, którzy oglądali serbski film „Rane”). Nawet najbrzydsze, najbardziej zaniedbane miasta mają swój puls, wiadomo, a piękne jest to, że każdy czuje go inaczej. Można liczyć kostki chodnikowe na które się nadepnie, przechodzić przez dzień w rytmie usłyszanej rano piosenki, układać melodię z zatkanej poniedziałkowej Marszałkowskiej bądź sennej Wileńskiej w niedzielę rano. Inny jest rytm Warszawy wyższych sfer, inny Warszawy studentów, inny Warszawy organicznej, która wg. mnie rozciąga się od cieciów parkingowych, przez panie kasjerki, szewców, osiedlowe salony fryzjerskie po lekko szurnięte emerytki ze starych kamienic. Inny jest puls gdy gra Legia, inny gdy Polonia; inny gdy przez miasto przechodzą górnicy, inny gdy przebiega przez nie maraton. Ale jest zawsze, w Warszawie nigdy nie cichnie.

Ostatnio prawie w ogóle nie spaceruje. Nie to, że kiedyś przemierzałem na nogach kilometry, ale codziennie byłem na podwórku. Bo mój dobry kumpel kiedyś powiedział „można żyć jak Big Lebowski i być szczęśliwym, trzeba tylko dużo wychodzić na podwórko”. Czy wracałem nad ranem do mieszkania przy Inżynierskiej, czy pędziłem Hożą spóźniony na spotkanie, czy siedziałem na ławce w Saskim – czułem, że oddycham miastem, a miasto mną. Ostatni rok izolowałem się od miasta. Udawałem, że go nie zauważam, że jest tylko makietą urozmaicającą moje podróże z punktu A do punktu B. Warszawa się na mnie zemściła. Ostatnio poszedłem na spacer i czułem się jak debiutant w mieście w którym się urodziłem. Znacie to uczucie, gdy wpadacie w lekkie zamyślenie gdy ktoś do Was mówi i w połowie długiej wypowiedzi orientujecie się, że nie zrozumieliście ani słowa? Ja tak się czułem w połowie Koszykowej. Ale jedno się nie zmieniło – słyszałem jej rytm. Rytm zburzonej hali, rytm kamienic wyrastających za nią i rytm przechodniów, tak samo jak ja nie wiedzących, że jutro wybuchnie tu gaz w jednym z mieszkań.

Bo miasto nigdy nie cichnie. Muzyka to cisza miasta. Tylko słuchając muzyki można złapać kontakt z samym sobą i odciąć się na chwilę. Lubię wyobrażać sobie, gdzie znajdują się wyobraźnią inni ludzie słuchając określonych piosenek. Fryzjerka i Bad Boys Blue, dziadek w parku i Adam Aston, dziewięciolatek i ACDC (odkąd młodszy brat, powiedział mi, że ich słucha), cieć i Dżem, pijana czterdziestolatka wracająca z imprezy i Spandau Ballet w taksówce. Co sobie wyobrażają? Gdy zamyślić się nad tym można stworzyć w głowie setki życiorysów. Ludzie w mieście i ich wyobrażenia podczas słuchania muzyki.

Miasto wybaczy mi prędzej czy później. Jest zbyt zajęte ciągłym burzeniem i budowaniem żeby obrażać się na takiego gnojka. Będę tu teraz częściej, bo im więcej wychodzę na podwórko, tym więcej pisze.

Zostawiam Was z teledyskiem do „Gold”. Czy tylko ja tam widzę w pewnym momencie De Chirico?

photo by Willy Ronis
photo by Willy Ronis

Lightnin’ Hopkins – A Man Like Me Is Hard To Find

Ten tekst miał być o czym innym i z inną piosenką i miał być dawno temu. Jakby to robiło jakąkolwiek różnicę. W każdym razie chciałem tylko krótko zakomunikować wąskiemu (ale wiernemu i cierpliwemu) gronu osób, które dlaczegolubiestarepiosenki odwiedzały, że formuła trochę się wyczerpała. Albo ja się zmęczyłem. Albo pisałem tu za dużo głupot, a w moim życiu tyle ostatnio się zmieniło, że nie jestem wstanie wymyślić nic, co by do tych głupot pasowało. Pisał oczywiście będę dalej, ale gdzie indziej i o czym innym, bo czasem po prostu trzeba zrobić coś innego, niż to co się robiło wcześniej. Piosenki też będę wrzucał, jeśli komuś będzie się chciało ich słuchać. Bo dzielenie się starymi piosenkami nigdy mi się nie znudzi. I pewnie kiedyś tu wrócę, popierdolić głupoty pod stare piosenki, ale teraz przerwa. Zostaje fanpage i piosenki z youtuba, albo przeglądanie tego, co tu się zebrało przez parę lat, do czego w sumie nikogo nie zachęcam, bo to na prawdę w większości głupoty.

 

W każdym razie jeśli ktoś to czyta, to pozdrawiam i do zobaczenia gdzie indziej. Miło było pierdolić głupoty do ulubionych piosenek przez tych parę lat.